Ozzy i JA

0

Zakończyłem właśnie wspaniałą przygodę z lekturą książki Stephena Rea „Ozzy i ja”. Lekturą, której starałem się nie pożreć naraz, ale delektować się nią i rozsmakowywać w każdym rozdziale z życia bohatera.

I powiem Wam, że ta książka budziła we mnie różne emocje: nostalgię, empatię, zdumienie, a nawet ukłucie lekkiej zazdrości – bo czytając wspomnienia tego gościa, łatwo można dojść do wniosku, że nasze własne życie jest nudne, nie mamy szczęścia do ludzi i nigdy nie pojawiamy się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Po prostu Stephen Rea przed narodzinami ustawił się we wszystkich kolejkach po zapas życiowego farta, podczas gdy my sterczeliśmy w ogonkach po skoliozę, kamicę nerkową, próchnicę zębów i wszystkie inne problemy, z którymi zmagamy się od chwili urodzin.
I
Stephen Rea nie wylosował najlepszego miejsca narodzin, bo padło na Irlandię Północną, która w latach 70. była areną przemocy, zamachów bombowych, walk ulicznych oraz głębokich podziałów społecznych. Na szczęście bohater nie doświadczył żadnych większych osobistych dramatów. We wczesnym dzieciństwie przyszła natomiast fascynacja muzyczna, z którą jako czytelnicy możemy się utożsamiać, choć z gorzką refleksją, że w latach 70. w Irlandii Północnej był lepszy dostęp do muzyki niż w latach 90. w Polsce, a biedni Irlandczycy byli przy nas krezusami. Gdy Rea usłyszał Ozzy’ego, jego fanostwo zamieniło się w maniactwo: tapetrading, zbieranie bootlegów, drukowanie okładek… Dzieciak nie był metalem, ale jakimś ozzylem. Fascynacja zaprowadziła go do fanklubu byłego wokalisty Black Sabbath, a później…
II
…oczywiście nie będę Wam zdradzał, ale zaczynają się dziać rzeczy jak ze snu. Czytając, raz łapałem się za głowę i myślałem: „Ale farciarz!”, a innym razem włączał mi się sceptyk i szeptałem pod nosem: „Zapomniałeś napisać, że Twoja matka była noblistką albo ojciec słynnym sportowcem”. Wszak w głowie się nie mieści, że wchodzący w nastoletniość dzieciak bez żadnych towarzyskich koneksji trafił na „dwór Osbournów” i od „zdjęcia z idolem” awansował na towarzysza tras koncertowych, bliskiego współpracownika, przyjaciela rodziny i opiekuna dzieci. Podczas dalszej lektury doszedłem jednak do wniosku, że gdyby ktoś chciał to wszystko zmyślić, to nie robiłby tego w tak bezczelny sposób i bardziej by się starał zachować pozory prawdopodobieństwa przedstawionych zdarzeń. Mark Twain napisał kiedyś: „Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie”. I ten cytat powinien znaleźć się na okładce „Ozzy i ja”.
III
Wraz ze Stephenem Reą śledzimy więc kilka dekad życia Ozzy’ego z zupełnie innej perspektywy niż ta, którą narzucają obie znakomite pozycje biograficzne muzyka: „Ja, Ozz” i „Ostatnie namaszczenie”. Jest to perspektywa fana, ale też współpracownika i uczestnika imprez odbywających się podczas tras koncertowych (także reaktywowanego Black Sabbath).
IV
Nie ma w tej książce zbyt wielu pikantnych szczegółów. Sądzę, że autor jest bardzo lojalny wobec Osbourne’ów i nie przemyciłby nawet jednego słowa, którym mógłby im zaszkodzić. I pod tym względem mam wrażenie lekkiego bałwochwalstwa i pudrowania rzeczywistości. Mogę sobie tylko wyobrazić, że ekscesy Ozzy’ego, szczególnie dla najbliższych, nie były śmiesznostkami, ale piekłem i prawdziwym dramatem, bo anegdoty o ludziach uzależnionych mogą bawić tylko postronne osoby. Nie bardzo też wierzę w krystaliczny obraz Sharon, która na łamach książki jest osobą dość sprytną i sprawczą, ale jednocześnie szczodrą, wyrozumiałą, szlachetną i – jeśli czegoś jej brakuje – to aureoli połyskującej anielskim blaskiem. Ta zbudowała bohaterowi życie, i sądzę, że nawet łamany kołem nie powiedziałby o niej nic złego.
VI
Świetna jest natomiast jego perspektywa znajomości z muzykami, którzy towarzyszyli Ozzy’emu w trasach, w tym także z członkami Black Sabbath. Portrety, które Rea kreśli na podstawie obserwacji, wzajemnych relacji i przedstawionych zdarzeń, wydają się bardzo barwne i wiarygodne. Szczególnie zafascynowała mnie postać Geezera Butlera, który, choć obmalowany jako osoba trudna i absorbująca, wydał mi się niezwykle interesujący i, na przekór wszystkiemu, bardzo sympatyczny. Do tego stopnia, że czytając książkę, wróciłem sobie do jego solowej twórczości.
VII
Czy warto przeczytać „Ozzy i ja”? Moim zdaniem zdecydowanie tak, choć jeśli ktoś liczy na skandalizujący wydźwięk i pikantne szczegóły, to oczywiście może poczuć się rozczarowany. To książka o umiłowaniu twórczości Ozzy’ego, kulisach jego tras koncertowych i wielkim muzycznym świecie widzianym z perspektywy fana. Historia Kopciuszka, który trafił na dwór króla. Tyle że nie uciekł o północy, pozostawiając pantofelek, ale został w nim na długie lata, poznając świat rządzący się zupełnie innymi regułami. To także książka o przemijaniu, nieubłaganej i niszczącej sile upływającego czasu, napełnia serce euforią ale jednocześnie podsyca ducha nostalgii. Pozwala też smutek i poczucie straty zamienić w pogodną refleksję, dzięki której można docenić smak życia.
&
Książka w świetnej formie edytorsko-wydawniczej jest dostępna nakładem wydawnictwa InRock. Brać póki jest! A jak ktoś by kupował, a jeszcze nie miał to tradycyjnie polecam moją ostatnią powieść. „Pęta” Kamil Staniszek. Dwie książeczki, jeden koszt przesyłki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj