Na początku lat 90. miałem w zwyczaju słuchać nocami radia WAWA – wówczas klasycznie rockowej rozgłośni. I właśnie którejś nocy z trzeszczących głośników mojego radiomagnetofonu po raz pierwszy dobiegł moich uszu magnetyczny głos Ozzy’ego.
Miałem gęsią skórkę, czułem lęk i hipnotyczną fascynację. W jego głosie było coś demonicznego i szalonego – wydał mi się jakimś mrocznym czarnoksiężnikiem z innego świata, kimś zupełnie nieprzewidywalnym i zdolnym do wszystkiego. Śpiewał dobitnie, ale jednocześnie ostrożnie – tak jak człowiek pijany stawia swoje kroki. W głosie Ozzy’ego czułem szaleństwo i jakąś taką ujmującą nieporadność, która w jednej chwili może przerodzić się w coś okrutnego, bezwzględnego, wyzutego z norm społecznych i ludzkich emocji. Jednocześnie ten głos był niewymownie piękny, czuły i niesamowicie charyzmatyczny.
Wiedziałem, że był pierwszym wokalistą Black Sabbath. Nie miałem pojęcia o jego ekscesach, odgryzaniu głów gołębiom, pijaństwie i rockandrollowych szaleństwach. W moim nastoletnim umyśle swoją legendę ukształtował głosem i tą niepowtarzalną aurą, którą wokół siebie roztaczał.
Moja pierwsza płytą CD, zakupiona, zanim w ogóle miałem ją na czym słuchać to „Sabbath Bloody Sabbath”. Gdy byłem już w ogólniaku i dostałem od rodziców radiomagnetofon z odtwarzaczem CD, pierwszym kompaktem, jaki zakupiłem, była „Diary of a Madman” – drugi album solowy Ozzy’ego z 1981 roku. Słuchałem setki razy z książeczką w ręku, ucząc się na pamięć tekstów, których nie rozumiałem.
Na początku ogólniaka fascynacja Ozzym mocno mi się pogłębiła – kupiłem sobie nawet podpatrzone u niego ciemne okulary z okrągłymi szkiełkami.
– Fajne lenonki – skomentowała koleżanka.
– Chyba osbournki – poprawiłem.
W ręce wpadła mi dwukasetowa koncertówka „Tribute: Randy Rhoads”. Oszalałem na punkcie tego materiału. Randy Rhoads stał się dla mnie mitycznym bohaterem, gitarowym herosem, istotą niemal boską. Później były kolejne płyty Ozzy’ego zakupione na stadionie X-lecia.
Na 18. urodziny, od swojej przyszłej żony, a ówczesnej dziewczyny, dostałem oryginalne wydanie kompaktowe „No More Tears”.
Płytą, która w moim odczuciu zakończyła najlepszą formę Ozzy’ego, była „Ozzmosis”. Kupowałem oczywiście kolejne, ale nie słuchałem ich maniakalnie i nigdy nie stały się dla mnie szczególnie ważne. Ba, „Ordinary Man” na tyle mnie rozczarowała, że nawet jej nie kupiłem. „Patient Number 9” dostałem od żony na 17. rocznicę ślubu i niespodziewanie okazało się, że to dla mnie najlepsza płyta Ozzy’ego od dwudziestu lat.
Wiedziałem, że Ozzy kiedyś umrze, choć nie miałem pewności, czy wcześniej ode mnie. Takich rzeczy nigdy nie można przewidzieć. Gdy zmarł Lemmy, kolejnymi legendami, o których z lękiem pomyślałem, byli Ozzy i Halford. Widząc jednak śnieżnobiały uśmiech Ozzy’ego, jego gładką cerę i gęste długie włosy, dochodziłem do wniosku, że po latach wygląda lepiej ode mnie, a Sharon – która, nie mam wątpliwości, uratowała mu życie i karierę w latach 80. – dołoży wszelkich starań, by żył dłużej, niż jest to możliwe.
Gdy jednak parę lat temu zobaczyłem go starego, schorowanego, wspierającego się laską – śmiech ugrzązł mi w krtani. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że Ozzy jest śmiertelnikiem takim samym jak my wszyscy i tak naprawdę nie wiadomo, jak długo jeszcze pozostanie na scenie.
Kilka tygodni temu pożegnał się koncertem „Back to the Beginning” i znów był na ustach całego świata. Wydawało mi się, że odejdzie na zasłużoną emeryturę, ale miałem cichą nadzieję, że może za kilka lat poczuje się na tyle dobrze, by nagrać płytę albo nawet zagrać jakieś okolicznościowe koncerty.
Gdy wczoraj, stojąc pod klubem w oczekiwaniu na koncert D.R.I., dowiedziałem się o jego śmierci, poczułem, jakbym dostał pięścią w brzuch.
– Szok! – rzuciłem do kumpla.
– No nie szok, można było się tego spodziewać – odpowiedział, a ja przyznałem mu rację. Nie raz przecież śmierć zaskakiwała, zabierając z dnia na dzień młodych, zdrowych ludzi. Ozzy był schorowany, miał swoje lata i niejedno przeżył – w latach 80. nie oszczędzał się, a jego ekscesy stały się legendą.
Mimo tej świadomości, wieść o jego śmierci całkowicie mnie rozbiła. Do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiałem się, czy na koncert wchodzić, a gdy już znalazłem się w Hydrozagadce, przysiadłem na wolnym miejscu przy merchu daleko od sceny i uznałem, że tylko posłucham.
Po pierwszym utworze wyszedłem na świeże powietrze i zerknąłem na Facebooka. Ozzy był wszędzie. Od stron z metalem aż po grupy wędkarskie i fanpage Kół Gospodyń Wiejskich. Wszyscy płakali rzewnymi łzami.
Wróciłem do klubu, przedarłem się pod scenę i już do końca koncertu szalałem, jakby jutra miało nie być. Bo to właśnie celebrowanie muzyki jest najlepszym hołdem, jaki można złożyć Ozzy’emu. Wszak to właśnie on w czasach Black Sabbath był współtwórcą mojego muzycznego świata. Tony Iommi, Geezer Butler, Bill Ward i Ozzy Osbourne stworzyli metal, zmieniając moje życie na lepsze, a czasami wręcz nadając mu sens.






